• Ostatnia modyfikacja artykułu:6 godzin temu

Niska orbita okołoziemska przestaje być spokojną przestrzenią. Starlink każdego dnia jest o krok od kosmicznej katastrofy.

Liczba satelitów rośnie w szybkim tempie, a wraz z nią ryzyko groźnych kolizji. Naukowcy zaproponowali nowe narzędzie, nazwane CRASH Clock, które w obrazowy sposób pokazuje, jak niewiele dzieli nas od poważnego incydentu na orbicie. Wnioski płynące z analizy są alarmujące. NA niskiej orbicie okołoziemskiej panuje straszny tłok.

Obecnie na niskiej orbicie krąży ponad 10 tysięcy aktywnych satelitów, a do tego dochodzą tysiące fragmentów powstałych w wyniku wcześniejszych kolizji i rozpadu urządzeń. Największe zagęszczenie obiektów występuje właśnie na wysokości około 550 kilometrów, gdzie znajduje się znaczna część konstelacji Starlink firmy SpaceX.

Co wydarzyłoby się, gdyby satelity operujące na wysokości około 550 kilometrów jednocześnie utraciły możliwość wykonywania manewrów? Kosmos jest olbrzymi, teoretycznie nie powinno stać się nic wielkiego. Satelity to jak ziarnka piasku na pustyni, jaka jest szansa, że na siebie trafią? Tymczasem symulacje wskazują, że pierwsze zderzenie nastąpiłoby już po 5,5 dnia. A jeszcze w 2018 roku analogiczny scenariusz dawał aż 164 dni względnego bezpieczeństwa.

Satelity Starlink wykonują manewry omijające potencjalne kolizje średnio co dwie minuty. Z jednej strony pozwala to utrzymać względne bezpieczeństwo, z drugiej jasno pokazuje, jak niewielki margines błędu pozostał. Sytuację dodatkowo komplikują okresy wzmożonej aktywności Słońca, kiedy rozszerzająca się atmosfera Ziemi wpływa na trajektorie obiektów na orbicie. Dlatego też zresztą Starlink planuje wkrótce migrację na niższe poziomy ziemskiej orbity.

Zobacz też:
Blue Origin chce zdeklasyfikować Starlinka.
Starlink szykuje się do gigantycznego manewru.
Elon Musk zniszczy ISS. W dodatku za zgodą NASA.

Oceń ten post