• Ostatnia modyfikacja artykułu:2 godziny temu

Tesla wciąż nie ma autopilota. Ale na osłodę łez mamy inną nowoczesną funkcją – paywalla i schowanie funkcji za dodatkowymi abonamentami.

Tesla porządkuje ofertę systemów wspomagania kierowcy, ale robi to w sposób, który dla wielu klientów oznacza realne ograniczenia. Zamiast nowych funkcji mamy zmianę podziału na to, co trafia do standardu, a co wymaga dodatkowej opłaty. Efekt jest prosty. Dotychczasowy autopilot w znanej formie znika, a półautomatyczną jazdę w Modelu 3 i Modelu Y okrojono. A pamiętajmy, że mówimy i tak o takim autopilocie w wersji superlite. System łączył po prostu adaptacyjny tempomat z aktywnym utrzymywaniem pasa ruchu, pozwalając samochodowi samodzielnie regulować prędkość jak i też korygować tor jazdy. Kierowca musiał pozostawać czujny i trzymać ręce na kierownicy.

Ten pakiet przestaje być standardem. W USA i Kanadzie nowe egzemplarze Modelu 3 oraz Modelu Y oferowane są już wyłącznie z adaptacyjnym tempomatem. System potrafi utrzymać dystans do poprzedzającego pojazdu i dopasować prędkość do warunków ruchu, ale nie ingeruje w prowadzenie auta. Funkcja aktywnego skręcania i utrzymywania pasa została usunięta z bazowej konfiguracji.

Co istotne, zmiany nie wynikają z ograniczeń sprzętowych. Samochody nadal wyposażone są w ten sam zestaw kamer i komputer pokładowy, zdolny do analizy pasów ruchu i otoczenia. Różnica leży wyłącznie w oprogramowaniu. Tesla zdecydowała się zablokować część możliwości, które wcześniej były dostępne domyślnie, przenosząc je do droższych pakietów. Do połowy lutego klienci mogą jeszcze wykupić FSD na stałe za 8 tys. dolarów, jednak później ta opcja zniknie. Jedyną drogą dostępu do systemu będzie subskrypcja kosztująca 99 dolarów miesięcznie.

Zobacz też:
Elon Musk sprowadzony na Ziemię przez szefa NVIDII.
Tesla nie poradziła sobie w Indiach.
Tesla coraz gorzej radzi sobie w Europie.

Oceń ten post